
Witajcie! Dziś tylko dwa słowa wstępu. Po pierwsze - przepraszam za długość, mam nadzieję, że nie pogryzła się za bardzo z jakością. To wina bezsennych nocy feriowych i przechorowanego kolejnego tygodnia. Poprawię się w przyszłości. Miłego czytania.
Wsłuchując się w rytmiczne cykanie zaczarowanych świerszczy, skrzętnie ukrytych wśród liści głogowego krzaczka, przerzucała powoli stare karty leżących na stole ksiąg, porównując treść Jadowitych węży świata ze Światem jadowitych węży. Płomień lampy naftowej kołysał się w takt pobrzękiwania srebrnych dzwonków wiszących przy drzwiach prowadzących w głąb domu. Gałęzie migdałowca sięgały stołu, wsuwając obleczone bladoróżowym kwieciem palce w jej poplątane włosy, drapiąc po szyi i ramionach. Odganiała je już kilkakrotnie, ale w końcu przesiadła się dwa krzesła dalej. Płatki kwiatów sypały się między strony książki. Zdmuchnęła je lekko, zerkając z poirytowaniem na drzewko. Właściwie od dawna nie powinno już kwitnąć. To pewnie tata albo Appius przedłużyli zaklęciem krótki żywot delikatnych pączków, pozwalając co rano cieszyć oczy ich subtelnym pięknem i wdychać upojny, słodki zapach. Uśmiechnęła się do siebie i ziewnęła, gdy dobiegło ją echo bijącego w salonie zegara. Dwanaście przeciągłych uderzeń. Ciche skrzypienie zawiasów przyciągnęło jej wzrok w kierunku rozwartych na oścież drzwi. Zamajaczyła w nich wysoka sylwetka oświetlona jedynie chybotliwym płomieniem świecy.
- Nie idziesz spać?
Appius rozsiadł się po przeciwnej stronie stołu. Wyjął z kieszeni paczkę kociołkowych piegusków i przystąpił do konsumpcji. Zerkał ciekawie na siostrę. Cienie i blaski pełzły po jej twarzy, ginęły złotymi refleksami we włosach. Była rozluźniona i spokojna, w oczach dostrzegł skupienie. Wydała mu się taka... dorosła? Przez ostatnie lata nie widywali się zbyt często, zazwyczaj dwa razy do roku, kiedy przyjeżdżała na Święta do domu i nieco dłużej w wakacje. Częste podróże wyganiały go na długie miesiące w najdalsze zakątki świata. Lubił to, czerpał z pracy niesamowitą satysfakcję. Ale często brakowało mu ciepłej atmosfery rodzinnego domu, kontaktu z bliskimi. Wtedy boleśnie dawała o sobie znać świadomość, że jest już dorosły. Wędrując przez bezludne ostępy dalekich pustyń, wspinając się po stromych zboczach gór pokrytych śniegiem, nurkując w ciepłych wodach raf koralowych miał okazję zobaczyć najcudowniejsze rzeczy i miejsca, poznać niezwykłych ludzi. Poszukiwania najlepszych złóż metali były pracochłonne i długotrwałe, wymagały olbrzymiej wiedzy i zaangażowania, nieustannej koncentracji. Co innego tutaj... w zaciszy przydomowego ogródka, rozwalony swobodnie na dwóch krzesłach kończył pożeranie drugiej torebki ciastek. Nona tylko uśmiechnęła się pobłażliwie i pokiwała głową z politowaniem.
- Jutro pełnia, wiesz, że nie mogę wtedy spać. To przez ten księżyc.
- Takie mini wilkołactwo - zaśmiał się, strzepując okruszki na ziemię. Bez skrępowania kontynuował badawcze przyglądanie się siostrze. - Nie oddałaś mu bluzy - rzucił niby obojętnie, wskazując szare okrycie spoczywające na jej ramionach, oczekując ciekawie odpowiedzi. Śmiesznie reagowała na jakiekolwiek wzmianki o swoim nowym przyjacielu. Czerwieniła się, a potem bąkała coś niewyraźnie, najpierw zaprzeczając stawianym przez rozmówcę tezom, następnie wtrącając coś zupełnie bez sensu. Nie zawiódł się i tym razem.
- Co? Skąd ty... Nie, to... To Aulusa. Czy jad dysfolida jest śmiertelny?
Ostatnie zdanie nie było jednak całkowicie pozbawione sensu, czytała przecież książkę o wężach. Zdziwił się, że tak szybko przyswoiła sobie wywodzącą się z łaciny, rzadko używaną nazwę boomslanga.
- Może być, ale niekoniecznie. Zamierzasz napuścić jadowitego węża na biednego pana Lupina?
Wstrzymała powietrze, rzucając mu mordercze spojrzenie. Zdjęła szarą bluzę i odwiesiła na oparcie krzesła.
- Masz głupie pomysły. Jutro mu ją oddam. Nie upominał się. I daj mi wreszcie spokój, sam idź spać.
Triumfalny uśmiech zagościł na twarzy blondyna. Uwielbiał, kiedy się tak plątała. Wtedy na powrót stawała się małą dziewczynką, którą straszył opowieściami o smokach strzegących wejścia do Hogwartu. Miała ledwie pięć lat, gdy on rozpoczynał naukę w szkole. Płakała żałośnie, nie mogąc oderwać się od niego podczas pożegnania na dworcu King Cross. Dała mu wtedy wielką laurkę pełną różowych serduszek i przekreślonym grubą, czerwoną krechą smokiem, sądził, że do tej pory leżała gdzieś na dnie starego hogwarckiego kufra zakopanego wśród najróżniejszych gratów na strych.
Przeciągnęła się, ziewając jeszcze raz. Powoli ogarniała ją senność, ale gdy tylko zamknęła na kilka chwil oczy, czuła piasek pod powiekami i dziwny niepokój duszący oddech w piersi.
- Pełnia to osobliwy czas - westchnęła, zamykając książki i odsuwając je na bok. Sięgnęła po ostatnie z trzeciej paczki ciasteczek, którego Appius nie zdążył jeszcze pochłonąć.
- To kim on właściwie jest? - Ze zmartwioną miną stwierdził brak piegusków w kieszeniach szaty. Pociągnął nosem zawiedziony. Był święcie przekonany, że powinien mieć przy sobie jeszcze jedno opakowanie. A może zjadł je przed kolacją? Na pocieszenie wyszperał awaryjne pudełko fasolek wszystkich smaków odłożone na czarną godzinę.
- Robisz się nudny. Już ci mówiłam. Remus jest przyjacielem.
- To słyszałem. Myślałem, że może coś się zmieniło. - Ziewnął. - Idę spać - oznajmił beztrosko zaglądając do opróżnionego kolorowego pudełka. - Byłaś bardzo zmęczona po powrocie od Atusia, też powinnaś się położyć. Chyba jesteście jutro umówieni, ty i pan przyjaciel.
- Idź sobie. Muszę jeszcze wymęczyć wypracowanie o wampirach.
- Teraz? Dziś? - Spojrzał na nią ze zdziwieniem i pokręcił głową. - Nie mogłaś tego napisać wcześniej?
- Nie, nie mogłam. Wcześniej pisałam inne. Idź spać albo mi pomóż.
- Nadal tak kiepsko z Obroną? - Usiadł z powrotem na wygrzanym miejscu i przysunął sobie pod nos zapisany do połowy pergamin, który wyciągnęła spod okładki książki. Uniósł brwi i zaśmiał się. - Nic z tego nie będzie, moja droga.
Siedziała na kamiennym parapecie, wyglądając niecierpliwie przez otwarte okno. Appius już trzykrotnie siłą wciągał ją do środka, mając wrażenie, że siostra zaraz wypadnie na ulicę. Na wszelki wypadek zabezpieczył framugę zaklęciem niepozwalającym na zbytnie wychylanie się.
- Jak z dzieckiem - mruknął rozbawiony, jednym skinięciem różdżki zbierając na kupkę porozrzucane po podłodze książki. - Jeśli umówiliście się na pierwszą, jaki był sens sterczeć tu od dziesiątej? Bardziej przydałabyś się w sklepie.
- Tak, na pewno. Żebyś ty mógł ze spokojny sumieniem udać się na podryw do Dziurawego Kotła. Nie licz na to. Nie mogę go przegapić. Pojęcia nie masz, jaki jest punktualny. - Cisnęła w brata obleczonym w purpurę jaśkiem. Pochwycił go zgrabnie i odrzucił, trafiając dziewczynę prosto w twarz. Poducha opadła jej na kolana jednocześnie wytrącając z dłoni srebrne puzderko. Potoczyło się wąską luką pomiędzy kamieniami i zniknęło za oknem, uderzając z łoskotem o czerwony dach.
- Nie! - wyrwało się jednocześnie z dwóch gardeł. W ostatniej chwili pochwyciła palcami brzeg pudełeczka. Dopiero teraz zerknęła w dół, na gwarną Pokątną, daleko, daleko w dole. W kolorowym tłumie dostrzegła poważnego, wysokiego chłopaka przyglądającego się jej z zainteresowaniem. Musiała wyglądać zabawnie. Jedną noga już znajdowała się na dachu. Appius kurczowo ściskał brzeg jej sukienki.
- Wracaj tu, wariatko. Kto wymyślił to zaklęcie, jest zupełnie nieskuteczne. Przynajmniej na ciebie.
Odetchnął z ulgą dopiero, gdy wszystkie jej kończyny znalazły się na podłodze. Poczochrał jej włosy i popchnął w kierunku drzwi, mrucząc coś w rodzaju Baw się dobrze, wróć przed zmrokiem na pożegnanie. Pognała po schodach, potykając się o wyszczerbione stopnie. Nie byłaby sobą, gdyby przebiegając przez sklep nie przewróciła się w progu, boleśnie zdzierając skórę z kolan.
- Nic ci nie jest? – Remus błyskawicznie znalazł się przy niej. Ostrożnie pochwycił jej rękę i pomógł wstać.
- Wariatka, wariatka - mamrotał Appius wyłaniając się z ziejącego przyjemnym chłodem zacienionego wnętrza. Bez słowa wyjaśnienia wręczył szatynowi malutki flakonik z fioletową cieczą. Skinął tylko głową w kierunku siostry i postukał się palcem w czoło.
- Widziałam! – krzyknęła, nim zdążył zamknąć drzwi. - Witaj. Jak się masz? - uśmiechnęła się radośnie. Usiadła na kamiennych schodach i podwinęła brzeg sukienki, oglądając ze zmarszczonym czołem odniesione obrażenia. - Boli - syknęła, zaciskając zęby. Skóra na kolanie zapiekła, gdy delikatnie rozprowadził na otarciu gęsty eliksir. Roztarł go palcami, przypatrując się srebrnym, poszarpanym szramom na jej lewej nodze. Nie powstały teraz. Musiała mieć je już wcześniej. - Przykra przygoda z teleportacją - wyjaśniła, zabierając mu fiolkę i drugie kolano opatrując już własnoręcznie. Nie lubiła, kiedy ktoś patrzył na jej blizny. Dlatego nigdy nie nosiła krótkich sukienek, musiały sięgać przynajmniej za kolana. Zadrapania zniknęły, eliksir pozostawił jednak na skórze wielkie, purpurowe przebarwienia. - Zrobił to specjalnie. Równie dobrze mógł dać wyciąg z arniki, podziałaby równie szybko i skutecznie, a jest bezbarwny. Teraz będę paradować z tymi plamami. Wleję mu eliksir rozdymający do herbaty, jak tylko wrócę. To jak się masz? - Zajrzała w rozbawione miodowe oczy. Wydawały się zapadnięte. Wyglądał na wycieńczonego, skórę miał szorstką i bladą jak pergamin. - Wszystko w porządku? - dodała z troską, chwytając go za rękę. Milczał jeszcze przez chwilę, obserwując ją. Opaliła się w Walii. Nie przypominał też sobie, żeby kiedykolwiek widział ją w sukience. Szkolny mundurek, mimo że dziewczęta nosiły spódnice, starannie ukrywał wszelkie walory figury. A miała zgrabne nogi, co nie umknęło jego uwadze, gdy wcierał eliksir w rozciętą skórę na kolanie. Zachichotał, w myślach przeklinając się ze śmiechem. Syriusz pochwaliłby go za spostrzegawczość w tej kwestii. - Remus, zaczynam się martwić. - Szturchnęła go lekko. Kłujący ból w ramieniu skutecznie przywołał go do rzeczywistości.
- Tak - jęknął nieprzytomnie, rozcierając bark. - Źle spałem. Mamy jakieś szczególne plany oprócz księgarni? Chyba nie nadaję się dziś za bardzo do niczego.
Posłał jej przepraszający uśmiech. Nieznacznie wzruszyła ramionami, nad czymś się zastanawiając. Jedna nieprzespana noc nie doprowadza człowieka do takiego stanu.
- Trochę się przeziębiłem - dodał, napotykając jej podejrzliwy wzrok. - Źle to znoszę.
Podrapał się z zakłopotaniem po głowie i rozejrzał w poszukiwaniu jakiegoś tematu. W końcu westchnął zrezygnowany. Podniósł się wolno i wyciągnął do niej rękę.
- Przystanek pierwszy - Esy i Floresy, dział Obrony przed czarną magią. Zabiera się pani ze mną? - zapytał wesoło. W jej towarzystwie zadziwiająco szybko wracał mu dobry humor.
- Wczoraj wyglądał, jakby był jedną nogą w grobie, a dziś proszę, jaki rozpromieniony - szepnął sceptycznie Black, chowając się za załomem muru. - Ale biorąc pod uwagę jej nogi - uśmiechnął się łobuzersko. - To mu się trafiła. Panowie, co robimy?
- Myślę, że powinniśmy pozwolić mu nacieszyć się chwilą. Wkroczymy trochę później - zawyrokował Rogacz, starannie targając sobie włosy na wypadek, gdyby gdzieś po drodze napotkali pannę Evans. - Przejmuję dowodzenie. Glizdku, zadanie bojowe dla ciebie. Skończył nam się zapas fajerwerków, łajnobomb i piwa kremowego. Załatw to. Łapo, dla ciebie misja specjalna. Pieprzne stokrotki.
- A pan, generale? - rzucił powątpiewająco Black, przyglądając się badawczo przyjacielowi. Widocznie coś knuł. - Pewnie ściśle tajne zadanie w sklepie z markowym sprzętem do quidditcha? Nie ma szans, Potter. Sam załatwiasz stokrotki, a ja dalej ich śledzę. - Sięgnął po torbę Jamesa i wydobył z niej pelerynę niewidkę. - Tak będzie zdecydowanie lepiej. Widzimy się pod księgarnią za kwadrans.
- To bunt! Ordynarny bunt! - wydzierał się w niebogłosy okularnik, wlokąc się w kierunku przeciwnym niż pozostali Huncwoci. Nabył w czarownicy sprzedającej kwiaty na przenośnym straganie bukiecik białych stokrotek i stanął w długaśnej kolejce do apteki, wylewającej się aż na ulicę. Nie miał jednak ochoty smażyć się na słońcu. Wyciągnął z kieszeni podręczną zasłonę dymną spakowaną zręcznie w połyskująca kulkę i całkowicie przypadkiem upuścił na ziemię. Zatykając nos ręką, przecisnął się przez zdezorientowany, kaszlący tłum. Po chwili wyłonił się z czarnego obłoku gryzącego dymu z pełną triumfu miną, dzierżąc w dłoni pękatą butelkę z eliksirem pieprzowym. Oblał nim kwiatki, wyciągając rękę daleko przed siebie, żeby przypadkiem ostry, kręcący w nosie zapach nie wywołał kichania u niego samego. I tak łzawiły mu oczy od kontaktu z dymem. Gdyby przypadkiem spotkał Lily, musiał przecież robić jak najlepsze wrażenie. Wolna dłoń instynktownie powędrowała na głowę, tarmosząc czarne kosmyki. Wymachując z zadowoleniem bukietem, skierował się ku lodziarni Fortescue, licząc, że jeszcze uda mu się ulokować w kolejce zanim minie wyznaczony na realizację całego zadania czas. Zapach pieprzu skutecznie torował przejście przez tłum, nie musiał się nawet specjalnie przepychać. I wszystko byłoby pięknie, gdyby skręcając do ogródka lodziarni nie dostrzegł zmierzającej w tę samą stronę burzy rudych włosów. Zamarł w bezruchu, zaciskając palce na wymęczonych kwiatkach. Kilka z nich smętnie zwisało na boki, próbując zwinąć główki w pączki. Gdyby tylko miał ze sobą niewidkę, lecz tę przecież zabrał przeklęty Black. I choć rozglądał się rozpaczliwie za jakimś rozwiązaniem, było już za późno. Znalazł się w polu widzenia zielonych oczu. Dziewczyna uśmiechnęła się uradowana, sięgając po wyciągnięty do niej bukiet. James Potter znalazł się w kropce...
- A ta? - Podetknęła mu pod nos niewielką książeczkę w jasnozielonej okładce. - Sto przeciwuroków dla początkujących.
- To zbędny wydatek, nie ma w niej nic interesującego. Poza tym nie jesteś już początkująca. Nawet na podręczniku napisano dla zaawansowanych.
Zmarszczyła brwi z niezadowoleniem i odstawiła książkę na półkę. Przejechała palcem po kilku grzbietach, uważnie śledząc tytuły, nim sięgnęła po następną.
- Jestem bardziej początkująca, niż ci się wydaje. Ta jest dla zaawansowanych - mruknęła do siebie odczytując złote litery wytłoczone w czarnej oprawie. - Skuteczne zabezpieczenia przeciwczarnomagiczne. Brzmi groźnie. Może być?
Pokręcił głową i podał jej opasłe tomiszcze ściągnięte z najwyższej półki. Pożółkłe stronice i łuszczące się złocenia brzegów wskazywały na poważny wiek książki.
- Fundamenty obrony przed czarną magią. Najlepiej napisany podręcznik na świecie, przetłumaczony na kilkanaście języków. Wielu uważa go za przestarzały, ale tak naprawdę to najlepsze źródło wiedzy na ten temat. Nie ma nic porównywalnego, równie kompletnego i kompetentnego. A skoro twierdzisz, że jesteś początkująca - uśmiechnął się cierpko, odkładając książkę na stos wybranych wcześniej pozycji - w co trudno uwierzyć, bo to już szósta klasa, pozwoli usystematyzować wiedzę.
- Nie każdy może być takim geniuszem jak ty i twoi przyjaciele. - Odwróciła się do niego plecami i ruszyła do działu eliksirów, ale zatrzymał ją łapiąc za ramię.
- Nie złość się, od tego robią się zmarszczki. – Puścił ją, upewniając się, że nigdzie sobie nie pójdzie. Uśmiechnęła się i pokręciła z niedowierzaniem głową. Kiedy wchodzili do księgarni, wyglądał, jakby zaraz miał się przewrócić… A teraz promieniał radością. Podejrzewała, że to otoczenie niezliczonych książek, wśród których mógł do woli nurkować i przebierać, wprawiło go w tak dobry nastrój. Chodziła za nim, ukradkiem zbierając wszystkie tomy, które obejrzał, a następnie odstawił na półkę zerknąwszy na cenę, mamrocząc coś niewyraźnie. Nawet nie udawał, że nie widzi jej niecnych poczynań, przy piątym rzędzie regałów spytał, co właściwie robi.
- Zbieram to, co chciałbyś kupić.
- Z tych wszystkich, które zgromadziłaś, naprawdę wziąłbym tylko dwie pierwsze. Ale to dość zabawne obserwować, jak uginasz się pod ich ciężarem.
- Spryciarz - bąknęła, umieszczając obleczoną w czerwony aksamit księgę na jej właściwym miejscu. Czemu nie zorientowała się wcześniej? Przecież nie potrzebował trzech wydań Bestiariusza Dalekiego Wschodu i Zaklęć gospodarskich dla niewtajemniczonych. A już na pewno Czary-mary na komary, czyli jak skutecznie pozbyć się insektów nie stanowiło przedmiotu jego zainteresowania. – To wziąć te dwie?
- Nie, nie, nie planowałem dziś żadnych zakupów – odparł, wyciągając z torby pustą sakiewkę. Książki kusiły, ale wobec braku środków na ich zakup pozostawał bezradny.
- Możemy je wziąć, nie ma żadnego problemu. Tata ma tu duże zniżki – zachęciła, przekładając książki na ladę przy kasie. Sprzedawca pozdrowił ją serdecznie, wypytując o zdrowie rodziny.
- Nie, nie zgadzam się. Oddam ci wszystko. – Remus wyciągnął różdżkę z zamiarem zmniejszenia książek i ułożenia ich w torbie, ale dziewczyna powstrzymała go, chwytając za nadgarstek.
- Dostarczenie do domu jest wliczone w cenę. Tata ma z właścicielem jakieś tajne układy. W każdym razie ja na tym korzystam, bo mogę szaleć. Oprócz działu z Czarną Magią, ale to zrozumiałe. Mam dużo lepszy pomysł. Pomożesz mi napisać wypracowanie o wampirach? – zakończyła z nadzieją w głosie, wyciągając ze sterty zakupionych ksiąg te dla przyjaciela.
- Pomogę – uśmiechnął się. Schował książki i wyszedł za nią z księgarni. Wyraźnie uradowana odpowiedzią, pociągnęła go w dół ulicy. – Nie tak szybko. Dokąd teraz?
- Wezmę rzeczy do pisania i możemy ulokować się w jakimś zacisznym miejscu. W ogródku, w parku, gdzie zechcesz.
Zmarszczył czoło z dezaprobatą, przebiegając wzrokiem ostatnie linijki tekstu, który mu pokazała. Miała rację, twierdząc, że nie jest najlepsza w Obronie przed czarną magią, tego się jednak nie spodziewał.
- Koszmar, prawda?
- Nie… – zaprzeczył bez przekonania, sięgając po pióro. Poprawił kilka błędów, które udało mu się wyłapać podczas pobieżnej lektury.
- Nie musisz być miły, wiem, jak jest. Ale zupełnie nie mam pojęcia, co z tym zrobić. To dla mnie…
- Czarna magia? – dokończył za nią. – Ale SUMy zdałaś.
- Z Obrony ledwo na zadowalający. Jestem wyjątkowo oporna na wiedzę tego rodzaju. Staram się, ale to za mało… Eliksiry są dużo prostsze. – Założyła ręce na piersi, robiąc zmartwioną minę. Pióro wędrowało po zapisanym gęsto pergaminie, zatrzymując się średnio co dwie linijki i stawiając jakieś krzyżyki, dopisując coś na marginesach.
- Trzy czwarte uczniów Hogwartu nie zgodziłaby się z tym twierdzeniem – zaśmiał się. – Nie jest tak całkiem tragicznie. Brak rysu historycznego i danych źródłowych, na dodatek pokręciłaś trochę faktów krzyżując wampiry ze strzygami. Ale damy sobie z tym radę – dodał szybko, widząc, że jej usta wykrzywiają się w podkówkę. – Masz wiedzę, trzeba ją tylko uporządkować. Wplotłaś tu nawet wilkołaki. Ciekawe towarzystwo – zachichotał, próbując ukryć lekkie zdenerwowanie. Zawsze odczuwał pewien niepokój, gdy tylko temat zahaczał o wilkołactwo. Nie mógł jednak powstrzymać wybuchu śmiechu, gdy dotarł do akapitu oznajmiającego, że wilkołaki zamieszkują głównie mokradła i tereny bagienne, równie chętnie, co stare kopalnie i ruiny zamków. Poza tym przemieniały się jedynie w czasie zaćmienia księżyca. To byłoby bardzo wygodne, pomyślał, próbując rozpoznać demony, które pomieszała. Wypisał je pod wypracowaniem. – Barwna galeria czarnych charakterów. To teraz zajmiemy się tylko wampirami, a resztę zostawimy sobie na zimowe wieczory w Hogwarcie.
Uśmiechnęła się nieśmiało, sięgając po kartkę. Dobrze, że nie użył czerwonego atramentu do poprawiania błędów. Przy czarnym uwagi i podkreślenia nie wydawały się aż tak rażące.
- Dziękuję. – Zwinęła pergamin w rolkę z zamiarem schowania do torby. – Dozgonna wdzięczność.
- Ale to jeszcze nie koniec. Dopiero zaczynamy. – Pochwycił zwój i rozpostarł go na ziemi. – Nie sądzisz chyba, że tak łatwo dam ci spokój.
- Byłabym głupcem, gdybym tak myślała. Od czego zaczniemy, mistrzu?
Wyciągnął się na kocu, podkładając ręce pod głowę. Zdmuchnął z nosa przydługie kosmyki i uśmiechnął się z zadowoleniem. Cudowny, letni dzień w jednym z londyńskich parków, z dala od zgiełku miasta i gwaru rozmów, na dodatek w miłym towarzystwie. Gdyby nie pełnia w tle… Wsłuchał się w tykanie zegarka na przegubie dłoni. Cenne sekundy uciekały tak szybko.
- Jaki mamy plan? - szepnął Peter, przenosząc wzrok z Pottera na Blacka i z powrotem. Obaj siedzieli na trawie z poważnymi minami. - Mamy jakiś?
- Daj pomyśleć - jęknął James, drapiąc się po głowie. - Przecież widzisz, że jestem poszkodowany. - Wskazał wielki, czerwony siniak na środku czoła.
- Ta twoja Lily wcale nie jest tak delikatna, jak przypuszczałeś, Rogaczu - zaśmiał się drugi z brunetów, co chwilę wyglądając ukradkiem zza pnia, za którym się skryli. - Tamten też... Śmieje się i cieszy, źle z nim. Widzieliście, żeby przed ostatnią pełnią miał taki dobry humor? Płeć przeciwna ma na was szkodliwy wpływ.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi - odparł z uśmiechem Potter. - Lunio ma wreszcie trochę rozrywki, parę godzin z nią raczej mu nie zaszkodzi. Mówił wyraźnie, że to przyjaźń, nic więcej.
- Tak sądzisz? Czy to ci wygląda na przyjaźń? - Syriusz wystawił głowę z kryjówki, lustrując uważnie dwójkę Gryfonów siedzących na kocu kilkanaście metrów od nich. Pochylali się nad jakimś zabazgranym pergaminem, Lupin zawzięcie szukał czegoś w książce. - No dobra, może i tak. Ale mówię wam, że to się źle skończy. Musimy interweniować.
- A może jesteś zwyczajnie zazdrosny? - wtrącił się Peter, dotąd raczej niewykazujący zainteresowania poczynaniami Lunatyka.
- Co? - oburzył się Syriusz. - Że niby...? Widziałeś ją?
- Widziałem, widziałem. - Okularnik pokiwał głową. - Jest zgrabna, ma ładne włosy, ładne oczy, inteligentna. Całkiem dobrej wysokości. Nie ma się czego czepiać.
- Chyba nie mówisz poważnie, Rogaczu? - Łapa wydawał się zbulwersowany. - A twoja dozgonna miłość do Evans?
- Jedno nie wyklucza drugiego. Poza tym tylko stwierdzam fakty. Może zaprzeczysz? Co twoim zdaniem jest z nią nie tak?
Black zafrasował się. Wychynął na chwilę z cienia drzewa.
- Nie jest taka zła... Ale na dziewczynę powinniśmy znaleźć Luniowi kogoś innego. Kogoś bardziej... No wiecie... Pewne argumenty mnie nie przekonują.
- Łapo... w całym Hogwarcie są może dwie dziewczyny, których argumenty cię przekonują - stwierdził kwaśno James. - Lunatyk zdaje się nie narzekać. Ale jeśli sobie życzysz, zaraz po przyjeździe do szkoły zorganizujemy poszukiwania odpowiedniej dla niego dziewczyny. A teraz przedstaw swój plan.
- Nie ma planu, improwizujemy! - W miejscu, gdzie jeszcze sekundę temu siedział Syriusz, pojawił się wielki, czarny pies. Warknął głośno i ruszył biegiem w kierunku kępy drzew, pod którą siedzieli Remus i Nona. James bez ociągania podążył za przyjacielem. Peter dogonił ich po dłuższej chwili
Donośne szczekanie wyrwało ją z zamyślenia, nie na tyle jednak, żeby oderwać jej uwagę od skrawków pergaminu zapisanych równo drobnymi literami. Powoli zaczynała rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Remus wykazywał się niespotykaną cierpliwością, wiele razy tłumacząc najbłahsze nawet kwestie, kiedy tylko dostrzegł, że coś wydaje jej się niejasne. Przewróciła stronę, podążając wzrokiem za końcem jego różdżki wskazującej podpisy pod rycinami. Trochę przerażały ją ilustracje przedstawiające wampiry w trakcie polowania, ale nie dała tego po sobie poznać. Nie zdołała jednak powstrzymać okrzyku grozy, gdy tuż przed nią pojawił się nie wiadomo skąd olbrzymi, włochaty łeb. Odskoczyła gwałtownie, pośpiesznie ukrywając się za plecami Lupina. Kudłata głowa podążyła w ślad za nią, napotykając jednak przeszkodę.
- James, zabierz go. - Remus uśmiechnął się na widok Pottera i Pettigrew. Przytrzymał psa, który wyraźnie próbował nawiązać bliższy kontakt z drżącą za jego placami Lunatyka dziewczyną. - Skąd się tu wzięliście?
- Remus, przyjacielu. Nona, witaj. Co za spotkanie. - Okularnik skłonił się, nim usiadł na brzegu koca. - Wąchacz musiał wybrać się na spacer.
- Gryzie? - Nona z zainteresowaniem przyglądała się spacyfikowanemu potworowi, wyciągniętemu na trawie. Z tej perspektywy nie wzbudzał już takiego lęku.
- Ależ skąd. To najmilszy pies, jakiego znam. Śmiało możesz go pogłaskać - odparł Peter, sięgając po jakiś patyk. - Bardzo lubi biegać.
- Naprawdę? - Spojrzała jeszcze na Remusa, aby upewnić się, że nie jest to jakiś dziwny żart i czarna bestia nie rzuci się na nią z zamiarem pożarcia żywcem. Ten skinął powoli głową, zerkając z ukosa na czworonoga, który sprawiał wrażenie niezwykle z siebie zadowolonego. Gdy tylko dostrzegł kucającą obok niego dziewczynę, wpakował się jej na kolana. Pogłaskała go po głowie i podrapała za uszami, za co odwdzięczył się cichym szczeknięciem. W przypływie radości przewrócił ją na trawę i zaczął lizać po twarzy. Śmiała się serdecznie i wyrywała, turlając się, tarmosiła mu przyjacielsko poplątaną sierść.
- Jest cudowny. - Odsunęła od swojego policzka wilgotny, czarny nos. - Jak się nazywa?
- Wąchacz - odpowiedział Remus, z niezadowoleniem obserwując psa. Ten posłał mu wyzywające spojrzenie i powrócił do przerwanej zabawy. Złapał zębami brzeg sukienki i pociągnął dziewczynę między drzewa. Trącił nosem gruby patyk dając do zrozumienia, żeby go podniosła. Po chwili biegli już w kierunku wielkiego trawnika rozciągającego się wzdłuż stawu.
- Masz poważną konkurencję, Lunatyku - zarechotał James. - Skoro polubiła naszego potarganego zwierzaka...
- Nie wiem, do czego zmierzasz - przerwał mu Lupin. - Co właściwie stało ci się w czoło?
- Spotkanie pierwszego stopnia z rozzłoszczoną Lily Evans. To długa historia - westchnął na wspomnienie rudowłosej. Delikatnie mówiąc, nie była zachwycona skutkami ubocznymi otrzymanego bukietu. - Będziemy się już zbierać. Zostawiam ci tego kudłatego szaleńca. Wróćcie potem do mnie.
- Widzimy się wieczorem - bąknął Peter, podążając za Potterem. Remus odprowadził ich wzrokiem aż na skraj polany, gdzie wśród krzaków zniknęli z cichym pyknięciem. Podniósł się z koca i ruszył niespiesznie w kierunku stawu, skąd dochodziło radosne pluskanie i dźwięczny śmiech. Nona stała na brzegu wymachując rękami i wskazując coś Syriuszowi, który rozchlapywał wodę na prawo i lewo, ganiając żaby.
- Trzyma zęby przy sobie? - zapytał cicho, zatrzymując się na brzegu sadzawki. Ręce wsunął w kieszenie spodni, wzrok utkwił gdzieś w dalekiej zieloności. Wydawał się nieobecny.
- To straszny dzikus - zaśmiała się, obserwując ociekającego wodą psa gramolącego się na trawę. Pokręcił głową, ochlapując ich od stóp od głów. Zaszczekał tylko wesoło i z wywieszonym jęzorem kontynuował osuszanie sierści. Nona schowała się za Lunatykiem, popychając go nieznacznie do przodu. - Chętnie wezmę go kiedyś na spacer.
Remus uśmiechnął się kącikami ust, ocierając z twarzy krople.
- Na pewno będzie zadowolony. Ale na dziś już starczy psot, musimy się zbierać, Wąchaczu.
- Już? - westchnęła smutno, nie mając najmniejszej ochoty się z nimi rozstawać.
- To pański pies? - Niespodziewanie dobiegł ich jakiś męski głos. Odwrócili się, dostrzegając niewysokiego człowieka w uniformie strażnika. - Nie ma obroży ani kagańca, proszę go stąd zabrać albo będzie mandacik. – Już sięgał po bloczek formularzy.
Wyraz twarzy Lunatyka zmienił się błyskawicznie. W oczach zatańczyły niebezpieczne błyski, gdy niepostrzeżenie wydobył z kieszeni różdżkę i mruknął za plecami zaklęcie. Strażnik zastygł w bezruchu.
- Zwiewamy!
Nawet nie zorientowała się, kiedy złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Biegli przed siebie, za nimi z radosnym ujadaniem podążał czarny pies. Zatrzymali się dopiero wśród drzew na skraju polany, gdzie wcześniej zniknęli pozostali Huncwoci. Lupin jednym skinieniem różdżki przywołał porozrzucane na kocu rzeczy. Upchnął je w torbie, jednocześnie rozglądając się z rozbawianiem za Syriuszem.
- Poradzisz sobie? – zapytał, prostując się szybko. - Zaklęcie już przestało działać, więc lepiej nie plącz się po otwartych przestrzeniach. Odstawię Nonę do domu. Widzimy się u Jamesa?
Nie umiała oprzeć się wrażeniu, że pies uśmiechnął się promiennie. Czy to możliwe? Pogłaskała go po głowie.
- Do zobaczenia, Wąchaczu.
- Chodź już - ponaglił ją Remus, popychając trochę dalej w głąb zarośli.
- Co mu właściwie zrobiłeś? Temu strażnikowi...
- Zwykłe Immobilis, zaklęcie unieruchamiające. Zupełnie nieszkodliwe. Będzie mu się zdawało, że miał przywidzenie. W taki upał to nic dziwnego.
- To legalne? - zdziwiła się. Nigdy nie podejrzewała, że Lupin postąpi w taki sposób.
- Prawie - odparł z psotnym uśmiechem. - Jak dalej będziesz się tak ciągnąć i tyle gadać, zastosuję je na tobie.
- Nie śmiałbyś.
- Skąd ta pewność? - Zmrużył groźnie oczy i posłał jej uśmiech pod tytułem Nie zadziera się z Huncwotem.
- Nie, nie zrobisz tego - powiedziała ze znacznie mniejszym przekonaniem, widząc wyciągniętą w jej kierunku różdżkę. - Remus... co ty... - Koniec różdżki zatrzymał się jakieś pół cala od jej nosa i zadrżał leciutko. Zimne powietrze owiało jej rozpalone policzki.
- No przecież musimy jakoś wrócić na Pokątną, prawda? - stwierdził rozbawiony, przechylając głowę nieznacznie w lewo. - Daj rękę i stój spokojnie - dodał, kiedy odsunęła się niepewnie. Zatrzymała się dopiero czując na plecach twardy dotyk szorstkiej kory pnia drzewa, nadal zerkając na niego z wahaniem. - Chyba jestem zmuszony... Immobilis.
- Wcale... - Poczuła tylko dziwne odrętwienie i pustkę w głowie. Objął ją mocno, szepnął zaklęcie i sekundę później byli już na Pokątnej. Wyrwała się z uścisku, gdy tylko dotknęła stopami bruku. Zaklęcie unieruchamiające rzeczywiście było słabe, działo tylko przez chwilę, ale bardzo jej się nie podobało, że w ogóle go użył. Jak mógł? Chociaż z drugiej strony... Zawsze strasznie się wierciła, kiedy słyszała o teleportacji. Dlatego wtedy z Atiliusem doszło do tego nieprzyjemnego wypadku... Z trzeciej jednak strony...
- Złościsz się? - Pochylił się nad nią, badawczo zaglądając w brązowe oczy. Nadal był trochę zbyt wesoły, a psotne błyski tańczyły w miodowych tęczówkach.
- Tak - odburknęła, odwracając się w kierunku sklepu bez pożegnania.
- Co mam zrobić, żebyś mi wybaczyła? - Zastąpił jej drogę, przesuwając się w bok za każdym razem, gdy próbowała go wyminąć. - Zdaje się, że zwykłe przeprosiny nie wystarczą.
Zastanowiła się przez chwilę. To był dobry moment, żeby zadać pytanie, które dręczyło ją od paru dni.
- Ten prezent urodzinowy... Co to właściwie jest?
- Aż tak mocno nie narozrabiałem, żeby zdradzać takie tajemnice. Dowiesz się w swoim czasie - odparł tajemniczo, postępując jeszcze jeden krok w prawo. Stali teraz dokładnie przy schodach, na których spotkali się rano. - Musisz wymyślić coś innego.
- Mogę zachować to jako przyjacielską przysługę na przyszłość?
- Nie. Wybierasz teraz albo przepada.
- Remus, nie bądź taki...
- Jaki? - podjął z zainteresowaniem, sadowiąc się koło niej na rozgrzanych słońcem kamiennych stopniach.
- Przestań - westchnęła zrezygnowana, kładąc głowę na jego ramieniu. - Właściwie to mam pomysł. Gdzie w Hogwarcie jest wejście do kuchni?
Zachichotał.
- Znów za wysoka cena. Gdyby to była Drętwota, to tak... ale takie małe zaklęcie.
- Co więc proponujesz? - spytała, nim zdążyła ugryźć się w język. Po jego minie wiedziała, że będzie żałowała tego posunięcia.
- W zasadzie to... - zaczął po chwili namysłu, ale przerwała mu szybko.
- Lepiej chodźmy do Fortescue na lody.
- Mało oryginalnie - mruknął nieco naburmuszony, jakby zepsuła mu dobrą zabawę. Zaraz jednak rozpogodził się i nie oglądając na nią, ruszył w górę Pokątnej. - O, jesteś. - Udał zdziwionego, gdy dogoniła go kilka budynków dalej.
- Paskudnik. Nicpoń. Huncwot.
- Tak mi mówią - odparł z zadowoleniem. Przystanął na chwilę przed witryną sklepu Madame Malkin. Zmarszczył nos, zastanawiając się nad czymś głęboko.
- Coś się stało?
- Nie, nie. Szata wyjściowa - wymamrotał. Tak to jest, kiedy zakupy do szkoły robi się w towarzystwie szalonych przyjaciół, nigdy nie ma pewności, czy kupiło się wszystko, ani, co gorsza, czy wszystkie nabyte rzeczy przetrwały wyprawę. - A ty masz?
- Szatę wyjściową? - zdziwiła się. - Niby po co?
- Sukienkę - poprawił, spoglądając na nią dziwnie.
Coś zaświtało jej w głowie. W liście Aulusa z Hogwartu było napisane, że uczniowie ostatniej klasy powinni posiadać szaty wyjściowe - na uroczyste zakończenie szkoły i zwyczajowy, tradycyjny bal. Więc o to chodziło. Wzruszyła ramionami.
- Ja kończę dopiero za rok.
- Widzisz... To mi umknęło. Ale chyba pójdziesz? Klasy szóste też są zaproszone - kontynuował niby to obojętnie, idąc dalej. - Zdaje się, że dziewczyny lubią takie... atrakcje. Jakieś Krukonki przymierzały sukienki, kiedy byliśmy tu z Syriuszem i Jamesem.
- A po co właściwie o tym mówimy? To dopiero za dobre dziesięć miesięcy. Poza tym nie ryzykowałabym kupienia sukienki tak wcześnie. Tyle się jeszcze może zmienić...
- Już raczej nie urośniesz - wtrącił zaczepnie, wyprostował się, spoglądając na nią z góry.
- Wzwyż może nie, ale mogę się rozrosnąć na boki.
- Racja. Tym bardziej nie powiem ci, gdzie jest wejście do kuchni. Panie przodem. - Przepuścił ją przy wejściu do lodziarni. - Co sobie życzysz? Możesz szaleć.
- Naprawdę? - Oczy jej zalśniły, gdy odczytywała karteczki z nazwami smaków. - Poproszę ten, ten, ten i tamten, ten w lewo. I czekoladowy.
- Wystarczy? - upewnił się nieco złośliwym tonem. - Jeszcze raz to samo, poproszę.
- Czekoladowe były najlepsze - oznajmiła z błogim uśmiechem, znów siadając na ciepłych schodach przed sklepem z kociołkami.
- Nie zaprzeczę - mruknął Remus bardzo cicho, ale tak blisko jej ucha, że słyszała go dokładnie. Wyciągnął różdżkę i zaklęciem usunął z jej nosa i policzków kolorowe smugi. Wcale nie potrzeba było wybuchu magicznych fajerwerków, żeby cała wysmarowała się zimnymi słodkościami. Zerknął na zegarek, było już późne popołudnie. Coraz bliżej… Z każdą sekunda mniej czasu… Na samą myśl o pełni markotniał.
- Czy wszystko w porządku? - zaniepokoiła się, nie odnajdując psotnego uśmiechu na jego twarzy.
- Tak. - Pokiwał głową. – Będę się już zbierał.
- Szkoda - bąknęła pod nosem, uwalniając jego ramię, na którym jeszcze przed chwilą trzymała głowę.
- Szkoda - powtórzył, mierząc ją ciepłym spojrzeniem. - Widzimy się niedługo.
- To pocieszające. Ciężko będzie przeżyć te cztery dni bez waszych dowcipów.
- Nawet nie zdążysz się za nami stęsknić. W takim razie... Do zobaczenia. - Wyciągnął do niej rękę. Uścisnęła ją mocno. - Do twarzy ci z piegami - zaśmiał się krótko i zniknął. Teleportacja to mimo wszystko przydatna umiejętność, przebiegło jej przez myśl. Tylko o co mu chodziło z tym ostatnim? Przecież nie miała piegów, przynajmniej do dziś. Zerwała się z miejsca i wbiegła do domu, rozglądając w popłochu za jakimś lustrem. Dopadła wielkie zwierciadło w przedpokoju i dokładnie obejrzała swój nos. Każdy centymetr skóry pokrywały wesołe, brązowe kropeczki, sięgając aż na policzki. Więc wtedy w parku, to zimne powietrze...
- Przeklęty Huncwot! - krzyknęła w przestrzeń, nie do końca przekonana, czy ma się złościć, czy śmiać. Appius natomiast nie miał tego dylematu. Padł na podłogę powalony niepohamowanym śmiechem, gdy tylko minęła go w salonie.
|
|
Perfect. poniedziałek, 28.lutego.2011, 01:06 87.198.20.39 |
|
Późno już, a ja mam do nadrobienia trochę snu, więc powiem tylko, że cholernie mi się podobało i uważam, że Remus jest uroczy :). Wrócę później, by napisać coś więcej. |
|
|
aisling piątek, 11.marca.2011, 22:56 85.28.132.73 |
|
Cześć, tu Aśka, autorka Meadowes. Dość długo mnie tu nie było i widzę, że trochę nowości się pojawiło, więc obiecuję nadrobić wszystko w wolnej chwili. Przy okazji chciałabym zaprosić Cię na moje nowe opowiadanie, z konta którego komentuję tę notkę. Nie, nie jest to FF Potterowski. :P
|
|
|
lily-i-james niedziela, 13.marca.2011, 00:34 89.171.23.25 |
|
w końcu tu jestem, możesz sobie wyobrazić? do rzeczy, jak dla mnie notka nie długa nie krótka, w sam raz. i do tego bardzo pozytywna, coraz więcej ciekawych rzeczy dzieje się wkoło. Udział każdego z Huncwotów jest zadowalający! :D zastanawiam się, kiedy znajdą się w szkole...?
|
|
|
New-HP. wtorek, 22.marca.2011, 16:44 90.156.27.4 |
|
Reklama dźwignia handlu, toteż proszę się nie gniewać tym straszliwym, wszak pisany jest w dobrej wierze. :)
|
|
|
Enduro. poniedziałek, 13.lutego.2012, 16:09 78.8.115.163 |
|
Fajny neologizm: łajnobomba;) pozdrawiam ciepło ;) |