Powrótwtorek, 18 stycznia 2011
Mało kto zastanawia się, ile pracy trzeba włożyć w to, by wytworzyć naprawdę porządny kociołek. Wszystko zaczyna się od poszukiwania rud odpowiednich metali. Wymaga to dalekich podróży, związane jest z wieloma zagrożeniami. Sam proces produkcji kociołka też nie jest prosty. Trzeba go jeszcze odpowiednio zabezpieczyć, nie tylko przed skutkami samej pracy z eliksirami, ale przede wszystkim przed głupotą potencjalnych konsumentów. Szczególnie kreatywni są w tym względzie młodsi czarodzieje. Eksperci dysponują przytłaczającą wręcz ilością przykładów użytkowania kociołków niezgodnego z przeznaczeniem. I zakładanie go na głowę, tudzież inne części ciała, wykorzystywanie jako bębna, doniczki, to naprawdę nic, w porównaniu z nieposkromioną pomysłowością młodych adeptów magii. W trosce o zdrowie psychiczne, zmysł estetyczny i poprawność polityczną nie przytoczymy tu bardziej wybuchowych przykładów, aby przypadkiem nie pchnąć, któregoś z drogich czytelników, do wymyślenia kolejnej barbarzyńskiej czynności dokonywanej na kociołku, za jego pomocą czy też z jego udziałem. Kociołki zawsze pozostają niewinne, odpowiedzialność ponosi właściciel. Czasem próbuje się ją zrzucić na wytwórcę, dlatego też kociołki są zabezpieczane na wszelkie możliwe sposoby, poddawane różnorakim testom, w celu uzyskania wymaganych certyfikatów.
Z kociołkiem jest trochę tak, jak z różdżką. Czarować można każdą, ale tylko z użyciem swojej osiągnie się najlepsze rezultaty.
Nona wiedziała o tym wszystkim doskonale. Studiowała uważnie mapę rozmieszczenia na świecie najlepszych złóż kasyterytu, najbogatszych w cynę rud. Nie było to może zbyt fascynujące zajęcie, ale wyobrażanie sobie egzotycznych wypraw działało skutecznie jako odskocznia od rozgardiaszu w sklepie. Właśnie zaczynał się najgorszy okres wakacji. Uczniowie Hogwartu powoli przypominali sobie, co czeka ich za niespełna trzy tygodnie i tłumnie nawiedzali ulicę Pokątną w celu uzupełnienia braków w inwentarzu. Najgorsze z tego wszystkiego, jak zwykle, okazały się hordy pierwszoklasistów i ich rodzice. Podczas gdy przerażone maluchy przyglądały się podejrzliwie stertom kociołków, ich opiekunowie przerzucali, nurkowali, wyławiali i w najwymyślniejszy sposób sprawdzali zdatność cynowych naczyń. Skutecznie bezcześcili tym ciszę i porządek zazwyczaj panujące w sklepie. Jakaś tęga czarownica o wyłupiastych oczach domagała się właśnie potwierdzenia na piśmie niewybuchalności kociołka. Nona rzuciła jej obojętne spojrzenie i poczęła grzebać w przepastnych szufladach w poszukiwaniu odpowiedniego formularza. Wyciągnęła niezwykle gruby zwój pergaminu i podała go kobiecie.
- Proszę to przeczytać. Jeśli akceptuje pani warunki umowy, należy podpisać na dole po prawej stronie. Zaraz poproszę osobę upoważnioną do wystawienia gwarancji.
Chwyciła z małego kociołka garść proszku i rzuciła w ogień na kominku. Po chwili coś trzasnęło i wśród płomienia zamajaczył zarys uśmiechniętej głowy.
- Appius, jesteś proszony na górę. Albo tata.
- Znowu ktoś się domaga papierów? Do czego to ministerstwo przyzwyczaja ludzi. Niedługo będą chcieli gwarancji na każdą nóżkę osobno. Już idę.
Nie zdążyła się obejrzeć, a z kominka wygramolił się wesoły blondyn o usmolonej twarzy, w grubym fartuchu ochronnym ze smoczej skóry.
- Łaskawa pani raczyła zapoznać się z warunkami? Nie odpowiadamy za żadne wybuchy wynikające z niewłaściwego użytkowania kociołka lub też z niepoprawnego ważenia eliksirów.
Kobieta pokiwała z uznaniem głową. O tak, Appius robił wrażenie osoby kompetentnej w dziedzinie kociołków. Nic dziwnego... On ogólnie robił wrażenie. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn o głębokich jak ocean i równie niebieskich oczach. A do tego ten uśmiech. Uśmiech, który topił kociołki... Gdy się na niego patrzyło, na myśl przychodziło tylko jedno słowo. Miód.
Czarownica była pod wrażeniem, może nawet nie kociołkowych kompetencji młodzieńca, ale jego wyglądu. Z pewnością prezentował się lepiej niż ta chuda dziewczyna za kontuarem.
- Nona, podasz pieczęć? I lak, siostrzyczko - mrugnął porozumiewawczo, gdy dziewczyna ze skrajnym znużeniem popchnęła w jego kierunku dużą, okrągłą pieczątkę. Przyglądała się właśnie grupie chłopaków ustawiających cynowe kociołki w trochę za wysokie stosy. Znała ich ze szkoły, też byli w Gryffindorze. Dwaj bruneci, jeden szatyn i jeden niepozorny blondyn. Czego szukali w sklepie z kociołkami? Nic nie wskazywało na to, żeby potrzebowali nowych. A rozrywki było tu naprawdę niewiele.
- Dziękuję panu. Takie interesy to czysta przyjemność. - Czarownica zarumieniła się, widząc ciepły uśmiech na uwalonej sadzą twarzy.
- Zapraszamy ponownie, droga pani. - Appius skłonił lekko głowę i uśmiechnął się na pożegnanie raz jeszcze. Otarł z czoła pot i usiadł na wysokim stołku, obrzucając zmęczonym spojrzeniem pomieszczenie.
- W tym roku jest jakiś wysyp dzieciaków. Ojciec mówi, że od piętnastu lat nie wyprodukował takiej ilości cynowych kociołków - mruknął, rozglądając się za czymś do picia.
- W Hogwarcie będzie wyjątkowo długa ceremonia przydziału. Przyniosę ci lemoniadę, o ile na chwilę mnie tu zastąpisz - rzuciła obojętnie dziewczyna, dalej przyglądając się bez entuzjazmu Gryfonom grasującym między rzędami pękatych naczyń.
- Z miętą? - Pokiwała głową. - I lodem? - Jeszcze raz potwierdziła. - Dobrze, tylko żeby nie zajęło ci to za dużo czasu.
- Zaraz wrócę. Myślisz, że tkwienie tu przez cały dzień, jest moim ulubionym zajęciem? Jeszcze tydzień i...
- A ty nadal o tej Hiszpanii? Wiesz, że tam jest jeszcze upalniej niż u nas? - spytał z miękkim uśmiechem i lekkim niedowierzaniem. Zawsze narzekała na gorąco, a z własnej woli pchała się w jeszcze gorszą spiekotę. - W sklepie przynajmniej jest przyjemnie chłodno.
- Ale tam będę mogła leżeć plackiem w hamaku. Przez cudowne dwa tygodnie.
- Wiesz... Ojciec nie jest zbyt przychylnie nastawiony do tego pomysłu - zaczął po dłuższej chwili uważnego wpatrywania się w siostrę. Dawno jej nie widział. Wydawało się, że wydoroślała. Ale to nadal jego mała siostrzyczka... Prychnęła niecierpliwie, podnosząc się z miejsca.
- Pewnie, że nieprzychylnie. Lepiej, żebym całe wakacje przesiedziała tutaj. Pod pełną kontrolą i kuratelą. I przynajmniej przydaję się w sklepie. Umowa to umowa, nawet rodzice nie mogą jej złamać. Jeszcze siedem dni i będę wolna. - Różowe usta rozchyliły się w marzycielskim uśmiechu. - Z miętą i lodem?
Pokiwał głową. Wyciągnął z kieszeni fartucha różdżkę i machnął nią od niechcenia. Najwyższa wieża rozsypała się, z łoskotem tocząc pod nogi czwórki wydurniających się Gryfonów. Ci ze śmiechem poprzewracali się jeden na drugiego, tworząc ruchliwy stos wierzgających kończy.
- Panowie, pomóc w czymś? - zagadnął z udawaną powagą. Doskonale jeszcze pamiętał szaleństwa lat hogwarckich, choć swoją edukację szkolną zakończył dawno temu. Jedynie żal było mu siostry, która będzie musiała posprzątać po niesfornych klientach. I to bez użycia magii. Biedna...
- Bo rozumie pan, jest taka sprawa... - Jeden z chłopaków podszedł do blatu i nachylił się na nim, zerkając przez ramię na towarzyszy. Nosił okulary i miał niesamowicie potargane włosy. - Jest pewna dziewczyna. Która potrzebuje kociołek...
- A nasz drogi przyjaciel chciałby podarować jej taki kociołek - włączył się do rozmowy drugi czarnowłosy chłopak. - Ale potrzebujemy czegoś specjalnego. Kociołek bez tych wszystkich zabezpieczeń. Testowaliśmy na nich wiele zaklęć, ale są niezaczarowywalne.
- Czyli takie, jakie powinny być - oznajmił z zadowoleniem Appius. - Jeśli chcecie jej zrobić jakiś paskudny numer, to niestety nie mogę wam pomóc. - Rzucił im niby to podejrzliwe, ale pełne rozbawiania spojrzenie. - Ale jeśli to tylko niegroźny...
- Całkiem niegroźny - zapewnił z powagą szatyn. Wyglądał na nieco starszego niż jego przyjaciele, a przy tym bardzo zmęczonego.
- Oni tak zawsze, nie słuchaj ich. - Nieoczekiwanie wróciła Nona z dzbankiem cudownie zimnej lemoniady miętowej i naręczem fikuśnie zdobionych szklanek na srebrnej tacy. - To główni rozrabiacy Gryffindoru. Nie można wierzyć w ani jedno ich słowo - dodała z przekonaniem, uśmiechając się nieśmiało. - Ktoś reflektuje?
Nikogo nie trzeba było dwa razy zachęcać. Lodowata lemoniada pachniała intensywnie miętą i cytrusami, tworząc w żołądku kulę mrożonego szczęścia.
- Więc co właściwie chcecie zrobić z tym kociołkiem? - Appius odstawił opróżnioną szklankę na tacę i z buńczucznym błyskiem w oku spojrzał na chłopaków, wyraźnie zadowolonych z zaoferowanej pomocy.
- Appius, ani się waż. Oni wysadzą Hogwart - rzuciła dziewczyna przez ramię, zabierając się do ustawiania porozrzucanych kociołków w równiutkie stosy. - Widzisz, co zrobili ze sklepem w kilka minut.
- Chyba nawet my nie damy rady wysadzić Hogwartu - zaśmiał się chłopak o zmęczonej twarzy. - Pomogę jej, a wy przedstawcie plan - zwrócił się do towarzyszy. Nie musiał powtarzać drugi raz.
- Gdzie je postawić? - zapytał cicho, zatrzymując się koło dziewczyny. Koniec jego różdżki wycelowany był w górę kociołków unoszących się grzecznie kilka cali nad podłogą.
- Tam pod ścianą. - Wskazała najdalszy kąt pomieszczenia. - Muszę je dokładnie zmierzyć i przejrzeć jeszcze raz przez wasze wygłupy.
- Przykro mi - mruknął, nieco pochmurniejąc. - Może mógłbym...
- Nie, nie, nie trzeba. Ale dziękuję. Naprawdę doceniam - przerwała mu szybko. Był miły, ale miała nadzieję pozbyć się całej huncwockiej bandy jak najszybciej. Nigdy nie wiadomo, co im do głowy strzeli. Ich wyczyny na szkolnych korytarzach wpisały się już na stałe w legendy, a wolała, żeby sklep nie podzielił tego losu. Ale chłopak nie dał tak łatwo za wygraną.
- Może jednak coś mógłbym zrobić? - spytał z naciskiem.
Zastanowiła się przez chwilę. W sumie mogła go wykorzystać, skoro tak ofiarnie się poświęcił. Była pewna, że robi to jedynie po to, by przypadkiem nie próbowała odwieść brata od udzielenia im wsparcia w tajnej misji. Starała się uchwycić jakieś strzępy urywanej rozmowy, ale dosłyszała jedynie kilka słów: "serenada", "kociołek", "Evans". Nic konstruktywnego.
Aż zadrżała, gdy poczuła ciepły dotyk na swoim ramieniu. Odskoczyła, wpadając na stertę kociołków. Na szczęście szybkie zaklęcie utrzymało je w równowadze i nie rozpierzchły się we wszystkich kierunkach.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Tylko nie wiedziałem, co z tym - podał jej srebrny, niewielki kociołek.
- Jak go wyciągnęliście? - Brązowe oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.
- Mamy swoje sposoby - uśmiechnął się łagodnie. - Drżysz.
- Po prostu nie lubię, jak mnie ktoś dotyka. Tak z zaskoczenia - dodała niepewnie. - To chyba już posprzątane. Dziękuję.
- Nie ma za co. Polecam się na przyszłość - odparł uprzejmie. Miał brązowe oczy o przyjaznym, ciepłym spojrzeniu, chociaż podkrążone, to jednak pełne blasku. - A tak właściwie to...
- Nie, to nie jest konieczne - mruknęła, zerkając na niego z ukosa.
- Co nie jest konieczne? - Autentycznie się zdziwił.
- To całe poznawanie się, naprawdę. Ja wiem, kim jesteście, a ja nie jestem dla was w najmniejszym stopniu interesująca.
- Wręcz przeciwnie. - Wyszczerzony u uśmiechu brunet przeciskał się między kociołkami. - My jesteśmy gotowi. - Wskazał głową na drugiego czarnowłosego chłopaka uśmiechniętego od ucha do ucha, a może i szerzej, dzierżącego drżący kociołek o podejrzanie wykrzywionym wierzchu. - Lunatyku, kontynuuj zaloty. Przedstawisz nas?
Chłopak nazwany Lunatykiem skłonił się nisko, i teatralnym gestem wskazał kolejno swych towarzyszy.
- Wielki, zły Syriusz Black z tych Blacków, wyrodny syn wydziedziczony z rodzinnej fortuny, zwany także Łapą. - Czarnowłosy chłopak spojrzał groźnie na szatyna, ale po chwili uśmiechnął się zawadiacko i skłonił równie nisko. - James Potter, znany jako Rogacz, chluba gryfońskiej drużyny quidditcha, od lat nieszczęśliwie zakochany w rudowłosej piękności, której sprezentuje ten oto cudowny kociołek. - Właściciel okularów i potarganej czupryny stanął na baczność i zasalutował. - Ten blondyn to Peter Pettigrew, nieposkromiony pogromca czekoladowych żab, główny piewca sukcesów wyżej wspomnianego duetu, pseudonim Glizdogon. - Krępy chłopak zaśmiał się nerwowo i skinął nieznacznie okrągłą głową. - Remus Lupin. - Szatyn wyciągnął do niej rękę i uścisnął delikatnie.
- Co tak nieśmiało, Luniaczku? - Syriusz Black chyba nie był usatysfakcjonowany prezentacją przyjaciela. - Remus Lupin, Huncwot całym sercem i duszą, choć może tego po nim nie widać. Mózg naszych najwspanialszych dokonań. A ty to...?
- Nona. - Uścisnęła po kolei cztery wyciągnięte ku niej dłonie.
- Nona? I co dalej? - Syriusz Black kontynuował swoje popisy. - Wczuj się w klimat, wiemy, że potrafisz. Chcemy poznać naszą nową fankę.
- Nona Tyndale, niedoszła mistrzyni kociołkarstwa, wielbicielka musów-świstusów i quidditcha. I nie jestem waszą fanką - zakończyła z lekkim zażenowaniem.
Rozległy się gromkie brawa, nastąpiły kolejne uściski dłoni.
- Słabo, ale jak na pierwszy raz uznamy. - Cała czwórka z minami znawców i sędziów w jakiejś bardzo ważnej sprawie pokiwała głowami. - A teraz musimy już lecieć. Jeśli chcesz, możemy zostawić ci Lunatyka, żeby trochę posprzątał.
- To nie będzie konieczne, już wszystko jest...
Nie zdążyła dokończyć. Syriusz i James wymienili porozumiewawcze spojrzenia i zanurkowali w najbliższej górze kociołków. Łomot był nieziemski.
- Chciałaś powiedzieć, że posprzątane? - Black uśmiechnął się chytrze ściągając z głowy srebrny kociołek. - Może jednak przyda ci się różdżka do pomocy?
- Wynoście się, ale już. Wszyscy! - krzyknęła, popychając ich w stronę drzwi. - Widzisz? Mówiłam, że tak będzie - rzuciła w stronę brata słaniającego się ze śmiechu za ladą sklepową. - Już was tu nie ma.
Przez kilka minut siłowali się, ona próbując wypchnąć ostatniego z nich, Remusa, na zewnątrz, oni usilnie wpychając go do środka. W końcu dała za wygraną, mieli przewagę liczebną, a nawet pojedynczo byli sporo silniejsi. Lupin został brutalnie wciśnięty do środka, wylądował na dziewczynie, która potknęła się o kociołek i rozpłaszczyła na podłodze, dodatkowo przyciśnięta ciężarem Huncwota. Czuła, że na łokciu wykwita jej piękny, rozległy siniak.
Uśmiechnął się przepraszająco i wyciągnął do niej rękę. W tym czasie jego przyjaciele zdążyli się już ulotnić. Spojrzała na niego podejrzliwie, ale przyjęła zaoferowaną pomoc.
- Może jednak przyda się różdżka? Małe wsparcie wiele ułatwi.
- Nawet bardzo - odparła, drapiąc się z zakłopotaniem po głowie. Prawie zapomniała o bolącym łokciu. Im szybciej uporają się z tym bałaganem, tym szybciej on sobie pójdzie. Za kontuarem coś trzasnęło. Jej starszy brat ze szklanką lemoniady w dłoni, kierował się ku schodom.
- Ja wracam do pracowni - oznajmił z zadowoleniem i zniknął w mgnieniu oka.
- Pracowni? - zagadnął półgłosem Lupin, zawzięcie machając różdżką. Kociołki chętnie przesuwały się we wskazanym kierunku, ale co chwilę potrzebował instrukcji, które i jak powinny zostać ustawione, w skutek czego sprzątanie za pomocą zaklęć wcale nie było tak szybkie, jakby się mogło zdawać.
- Pracowni - powtórzyła nieprzytomnie. Próbowała właśnie wspiąć się dostatecznie wysoko, aby umieścić na szczycie stosu ostatni kociołek. - Na dole jest pracownia kociołkarska. Ojciec jest Mistrzem Kociołkarstwa Pierwszej Klasy.
- Avitus Tyndale jest twoim tatą? - spytał z uznaniem. Jej blade policzki zaróżowiły się lekko.
- Skojarzenie tak proste, że aż trudne, co? Tak, to mój tata.
- Jest niesamowicie znany. Został najmłodszym Mistrzem od czasów...
- Tak. Od czasów Scattera.
Zaskoczył ją. Nie sądziła, że ktoś spoza środowiska samych kociołkarzy może do tego stopnia interesować się historią tego zacnego zawodu. Chociaż, w sumie nie było pewnie tematu, na który Remus Lupin nie posiadałby chociaż szczątkowych informacji. Zawsze tkwił nosem w książce - w bibliotece, na korytarzu, w pokoju wspólnym, na błoniach. Podejrzewała, że nawet teraz, w środku wakacji, jego torba, obecnie spoczywająca przy wyjściu, po brzegi wypchana była książkami.
- Przepraszam, ile za ten kociołek? - Jakiś skrzekliwy głos dochodzący zza przeszklonego regału oderwał ją od ukradkowego przypatrywania się Lupinowi, nadal manewrującemu kociołkami.
- O którym dokładnie pan mówi?
Niewysoki jegomość, mimo nieprzyjemnego głosu, okazał się niezwykle miłym człowiekiem. Dokładnie wiedział, czego chce, nie szczędził pytań, uśmiechów i złota, a przy tym nie zawracał sobie głowy zbędną papierkową robotą. Nabył niezwykłej urody kociołek wykonany ze złota najwyższej próby, nawet nie kłopocząc się odebraniem reszty.
- Udanych wakacji - pożegnał się, obdarzając dwójkę Gryfonów uprzejmym uśmiechem.
- To chyba już. Powinnaś przemyśleć jakiś inny sposób przechowywania kociołków. To ciągłe układanie ich w stosy musi być męczące. Jeszcze jakieś życzenia?
- Nie, w zasadzie nie - mruknęła, zła na siebie, że nie może przestać gapić się na chłopaka. Przy całej tej mizerności i zmęczeniu, był przystojny. Nie tak powalająco, jak jego czarnowłosi przyjaciele, ale miał w sobie coś, co zwracało uwagę. I to przyjemne ciepło w spojrzeniu. Odnajdywała w jego miodowych oczach podobne przebłyski jak u Appiusa. Zupełnie inny kolor i wzory na tęczówkach, ale oba te spojrzenia stworzone były, aby podnosić ludzi na duchu. - To już wszystko. Niestety - wymknęło jej się, nim zdążyła ugryźć się w język.
- Niestety? - powtórzył z typowym dla Huncwota psotnym uśmiechem, który nie wróżył nic dobrego.
- Nie powinieneś przypadkiem poszukać swoich szalonych przyjaciół? Są niebezpieczni dla otoczenia. A ty zdaje się, oprócz bycia mózgiem akcji, bywasz też głosem rozsądku.
- Ktoś musi - odpowiedział z zakłopotaniem. Sięgnął po torbę, ale chyba nie śpieszyło mu się do wyjścia. - Masz rację, powinienem już...
- Tak, powinieneś...
- A może... - Zatrzymał się w drzwiach. Dzwonek wydał zduszone jęknięcie nad jego głową. - O której...?
- Sukces! - Przeciągłe wycie zagłuszyło dalszą część pytania. Do wnętrza władowała się pozostała część huncwockiej bandy. - Pełen sukces! Gdzie on jest? Gdzie jest twój brat? - James i Syriusz niemal wchodzili sobie na głowy. - To geniusz. Muszę mu podziękować. Zostanie naszym guru!
- O co właściwie chodzi? - Nona zwróciła się do Remusa, bo on jako jedyny nie wykazywał teraz szaleńczych zapędów uwielbiania jej brata.
- Nie znam szczegółów, ale wygląda na to, że Jamesowi wreszcie udało się umówić z Lily Evans.
Na wspomnienie rudowłosej ukochanej Potter zaczął wydawać niezidentyfikowane dźwięki radości.
- Ktoś raczy opowiedzieć? - Dziewczyna wydawała się już całkiem zbita z tropu. W Gryffindorze było głośno o nieodwzajemnionej miłości Pottera. Skąd ta nagła zmiana? Black pośpieszył z wyjaśnieniem.
- Śpiewający kociołek był strzałem w dziesiątkę. Z pewnych źródeł wiedzieliśmy, że Lily na być dziś na Pokątnej. James zaprezentował jej kociołkową serenadę. Na szczęście twój brat odwiódł nas od wysadzenia kociołka w finałowej części arii. Zamiast tego Evans otrzymała kwiaty, którymi wypełnił się kociołek i uznała to za... - Syriusz skrzywił się z niesmakiem.
- Za słodkie! - Potter rozpłynął się w uśmiechu na wspomnienie tych słów. - Zgodziła się ze mną umówić, o ile niczego nie wysadzę.
- Sądzisz, że to możliwe? - Nona nie podzielała entuzjazmu chłopaka.
- Jakoś damy radę - zapewnili Syriusz i Peter.
- Dacie radę? Wy chyba czegoś nie rozumiecie. Pozwólcie, że wam objaśnię. - Pokiwała z politowaniem głową. - Jeśli Lily zgodziła się umówić, to tylko z Jamesem. Z nim samym. Nie z waszą czwórką.
Trzy pary oczu wpatrywały się w nią z niedowierzaniem, jakby zaraz miała zmienić kolor albo pokryć się piórkami. Tylko Remus skinął nieznacznie.
- Ale jak to... - Do Jamesa i Syriusza chyba nadal nie docierał sens jej słów.
- Zupełnie zwyczajnie. Exemplum: gdybym chciała umówić się z Lupinem na randkę, to tylko z nim. Bez waszej obstawy. Rozumiecie?
Z powagą pokiwali głowami, tym razem wszyscy czterej, choć Remus wydawał się nieco zaskoczony przytoczonym przykładem.
- A chciałabyś? - zagadnął Black, kiedy dziewczyna wróciła na swoje miejsce za kontuarem.
- Lepiej już idźcie, dobrze? Zanim stracę cierpliwość. A to może nastąpić lada moment.
Uniosła głowę, patrząc na nich z rozdrażnieniem. Dochodziła piąta. Jeszcze dwie godziny i będzie mogła rozpłynąć się pod prysznicem.
Oparła czoło o chłodny blat i z utęsknieniem czekała, aż dzwonek przy drzwiach oznajmi ich wyjście. A tymczasem nic, tylko cisza. O wiele za długa cisza.
- Błagam, nic nie kombinujcie. Padam z nóg.
Przekręciła głowę na bok, nie mając już siły jej podnieść. Otworzyła oczy, przez chwilę przyzwyczajając się do dziwnej perspektywy. Nie było ich, a właściwie trzech czwartych z nich. Remus Lupin z zakłopotaniem patrzył na nią i uśmiechał się lekko.
- Zobaczyli Lily na ulicy - wyjaśnił. - Dzięki za pomoc.
- To ja dziękuję. I przepraszam za ten przykład, stałeś najbliżej, na ciebie padło. - Zaczynała boleć ją szyja, ale nadal nie była w stanie podjąć wysiłku i wyprostować się.
- Nie szkodzi. Czasem się zdarza. - Nad czymś jeszcze się zastanawiał. W końcu jednak odwrócił się i ruszył ku drzwiom. Odkleił przyjaciół od szyby i wskazał im wyjście. Grzecznie pomaszerowali przed siebie. Wreszcie upragniony dźwięk dzwonka i skrzypnięcie zamykanych drzwi. Z jękiem niezadowolenia przekręciła głowę na drugą stronę. Jeszcze raz zaskrzypiały drzwi i zaśpiewał dzwonek.
- Tak sobie pomyślałem, że może miałabyś ochotę skoczyć gdzieś po pracy, pogadać.
Zacisnęła powieki, ale usta rozszerzył mimowolny uśmiech.
- Jedyne, na co mam ochotę po pracy, to prysznic i łóżko.
Westchnął cicho. Poprawił torbę i podszedł do drzwi.
- Siódma trzydzieści.
Przystanął, jego dłoń spoczywała już na klamce. Nie cofnął jej, ale odwrócił się nieznacznie i spojrzał przez ramię.
- Siódma trzydzieści.
- Ale bez nich. - Ruchem podbródka wskazała trójkę Gryfonów przyciskających się do wystawy sklepowej po drugiej stronie szyby.
- Bez nich.
- Zrobiłeś to tylko dlatego, że nie miałeś tych dziesięciu galeonów? - Black nie wydawał się przekonany wersją Lupina.
- Piętnastu - poprawił Potter, sięgając do kieszeni po złote monety. - Peter, Syriuszu, wyskakujcie z kasy. Umowa to umowa.
- To miła, ładna dziewczyna, nie rozumiem, o co wam chodzi - odparł Lupin rozbawiony, starannie przeliczając pieniądze.
- Przecież nigdy nie chodziłeś na randki. - Black usilnie obstawał przy swoim.
- Może postanowiłem zrobić wyjątek ten jeden raz?
- Mów, co chcesz, jakoś nie wierzę.
- Twój wybór, Syriuszu. A teraz wybaczcie, resztę wieczoru spędzę w nieco milszym towarzystwie. I chociaż jeden raz nie będę zagrożony wybuchem - uśmiechnął się zaczepnie i odszedł w swoją stronę.
- Sądzisz, że to na poważnie? Rogaczu, mówię do ciebie. - Black szturchnął lekko towarzysza.
- Nie sądzę, żadne z nich nie wydawało się przekonane. Ale może akurat się zaprzyjaźnią. Luniowi nie zaszkodzi damskie towarzystwo i trochę kultury. Z nami powoli dziczeje - zachichotał Potter. - Nie sądzisz, że bardzo zabawnie byłoby rozejrzeć się za jakąś rozrywką w okolicach lodziarni Fortescue?
- Sugerujecie coś wybuchowego? - wtrącił się Peter, dotąd pogrążony w ponurych myślach po stracie galeonów.
- Aż tak? - ucieszył się Syriusz.
- Zobaczymy, jak bardzo nasz Lunio jest rycerski... - James uśmiechnął się perfidnie. - Tylko żadnych numerów w czasie randki z Lily, bo osobiście się z wami rozliczę. Zrozumiano?
Syriusz i Peter ochoczo pokiwali głowami, chociaż ten pierwszy bąknął coś pod nosem.
- Skupmy się na zadaniu. Piętnaście galeonów piechotą nie chodzi.
- Za tyle umówiłbym się nawet z Lucyllą Clarke. - Black wyszczerzył w uśmiechy swoje białe zęby. - W gruncie rzeczy Lunio ma rację. Spójrzcie tam.
Przyczajeni za iglastym krzaczkiem jednocześnie odwrócili głowy we wskazanym kierunku. Zachichotali cicho.
- Lunio ma niezły gust. Nie dość, że ma randkę, to jeszcze dostał za to kasę.
- Naszą kasę - podsumował z powagą Syriusz. - Pomysł wart piętnastu galeonów. Drodzy panowie, pora brać się do roboty... Ma ktoś może nakrapiane fajerwerki od Zonka?
- Służę uprzejmie. - Pettigrew przez dłuższą chwilę szamotał się z torbą, próbując coś z niej wyciągnąć. Wreszcie, z miną pełną triumfu, wydobył na powierzchnię potężną paczkę. Pozostałej dwójce zabłysły oczy.
- I jeszcze darmowy pokaz sztucznych ogni. Lunio to się potrafi ustawić. Mamy tylko jeden strzał. Gotowi?
Uniesione w górę kciuki, twarze pełne radosnego uniesienia.
- Łapo, czyń honory, ja odpalam, ty odliczasz.
- Trzy, dwa, je...
- Zamorduję! Po prostu zamorduję!
A mimo to śmiała się głośno, kiedy odprowadził ją pod drzwi sklepu z kociołkami. Polewa czekoladowa nadal skapywała jej z włosów na ramiona, kolorowe plamki rozmazywały na sukience. Sam nie wyglądał lepiej. James trafił dokładnie w wielką porcję lodów stojącą na środku stolika. Wśród potępieńczych wrzasków i ogólnego rozgardiaszu, Remus nawet nie zdążył zastanowić się, czy powinien wkurzyć się na przyjaciół. W zasadzie powinien, ale... Nona chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą. Przemknęli przez tłumek zdezorientowanych klientów lodziarni i zniknęli za załomem muru. Po drodze dostrzegł przyczajonych za jakimś mizernym krzaczkiem Huncwotów, tarzających się ze śmiechu. Ale jego uwagę szybko przyciągnęły barwne stróżki spływające po skórze dziewczyny. Oblizała usta, resztę mazi ścierając z twarzy dłonią.
- Powinnam ich zamordować, wszystkich trzech po kolei. Wejdziesz? Powinieneś się umyć i przebrać. Nie puszczę cię w tym stanie do domu. Co sobie pomyślą twoi rodzice?
- Że dobrze się bawiłem? - spytał rozbawiony. Wyjął z kieszeni różdżkę, smagnął nią lekko mrucząc zaklęcie i po chwili oboje byli czyści. - Tak lepiej?
- Lepiej, ale nadal kleją mi się dłonie. Lemoniady?
- Chętnie.
Malutki ogródek, który jakimś cudem, a raczej sprytnym zaklęciem, udało się wkleszczyć między londyńskie kamienice, był oazą spokoju wśród zgiełku miasta. Kawalątek trawy, dwa drzewka na krzyż z głogowym krzaczkiem, jakieś iglaste zarośla w kącie, coś, co kiedyś było miniaturową fontanną, a teraz tylko krztusiło się mętną, zielonkawą wodą i pluskającą w niej zaczarowaną szklaną rybką. Rozklekotany stolik ogrodowy i kilka krzeseł, każde z innej epoki. Nona szczególnie upodobała sobie to wielkie, z ciężkiego, czarnego drewna z bogato rzeźbionym oparciem i wygniecionym siedziskiem, chyba najstarsze z całej tej fikuśnej zbieraniny. Remus usiadł koło niej, rozkoszując się doskonale zimną, musującą lemoniadą. Nad dachami powietrze nadal falowało od gorąca, choć tu było przyjemnie chłodno. Zerknął na dziewczynę i odstawił na stół pustą szklankę. Zrobiła to samo, patrząc na niego trochę nieprzytomnie.
- Siedem i pół galeona to uczciwa stawka.
- Też tak sądzę.
- Chciałabym zobaczyć ich miny, gdyby się o tym dowiedzieli - zaśmiała się. - A swoją drogą... Zaczęliśmy w trochę niefortunny sposób, ale... Sądzisz, że coś mogłoby z tego być?
- Pytasz z czystej ciekawości czy naprawdę chciałabyś, by coś z tego było? - Zerknął na nią przelotnie. Mogła się podobać. Po myciu jej wilgotne jeszcze włosy zaczynały lekko falować.
- Nie chciałabym cię w żaden sposób urazić, ani zranić, ale wydaje mi się, że widzę to tu, w twoich oczach.
- Co widzisz? - W spokojnym głosie wyczuła zaciekawienie.
- Że też tego nie czujesz. Przykre, ale prawdziwe. To po prostu nie to.
- Sądzę, że niestety masz rację. A mimo niefortunnego początku mogłoby powstać coś tak miłego. - Zamyślił się. Tak, taka była prawda.
- Przyszła pora na to znienawidzone pytanie?
- Znienawidzone?
- Przyjaciele? - Wyprostowała nogi, kładąc je na sąsiednim krześle. Miękki uśmiech błąkał się po jej twarzy.
- Chyba muszę się na to zgodzić. Ale moglibyśmy to kiedyś powtórzyć. Może tylko bez wybuchających lodów.
- Jestem całym sercem za. - Ziewnęła cicho, przeciągając się jak zaspana kotka.
- Zmęczona?
- Poza wieczornymi atrakcjami, to był długi i dość monotonny dzień. Jeszcze tylko kilka takich i naprawdę odpocznę.
- A tak, wspominałaś o Hiszpanii.
- No właśnie. Mam nadzieję, że to dojdzie do skutku. Appius mówił, że rodzice nie są do tego pozytywnie nastawieni. Biorąc pod uwagę obecne okoliczności, dziwię się, że nie sprzeciwiali się, żebym włóczyła się po Pokątnej z chłopakiem, którego nie znają. Masz szczęście, że wzbudzasz zaufanie samym uśmiechem.
- Tym uśmiechem?
- Tym poprzednim. Szerzej. O tak, właśnie tym.
Uśmiechnęła się również, czując, że z miejsca topi jej serce. Poprawiła się na krześle i podniosła wzrok ku gwiazdom. Tu, w centrum miasta, niewiele ich udało się dostrzec.
- Powinienem już iść.
- Tak, chyba tak. - Ziewnęła lekko. - Wybacz, to niezależne ode mnie. Bardzo dziękuję za przemiły wieczór. W wakacje pewnie już się nie uda zrobić powtórki, ale może kiedyś w Hogsmead...
- Tak, mam nadzieję, że tak. Wiesz...
- Hm? - Odwróciła twarz ku niemu, słysząc wyraźne zakłopotanie w jego głosie.
- Chyba zostawiłem swoją torbę w sklepie.
- A, tak, już, oczywiście. Masz w domu kominek? Włóczenie się po Londynie o tej porze nie jest zbyt rozsądne.
Pokiwał głową. Podniosła się powoli, co chwilę przeciągając. Podał jej rękę i pociągnął w stronę przeszklonych romboidalnymi szybkami drzwi prowadzących w głąb domu. Cieniutki księżyc połyskiwał w dziesiątkach nierównych odbić.
- Chyba pora powiedzieć dobranoc.
- Chyba tak.
Jednak odczepienie dłoni od jego palców nie było takie proste. Skóra nadal kleiła się od słodkości. W końcu wspólnymi siłami uporali się w tym. Podała mu kociołek z proszkiem Fiuu.
- Nie masz żalu? Ani kawałeczka? - upewniła się jeszcze.
- Ani kawałeczka.
Spojrzała mu głęboko w oczy. Mówił prawdę. Ucieszyło ją to. Był naprawdę wspaniałym człowiekiem, ale musieli oboje przyznać, że nie mogli znaleźć między sobą tej magii, której tak bardzo pragnęli. Na szczęście oboje potrafili przyznać to wprost.
- Dobrej nocy. Śpij spokojnie.
- Ty też. Kolorowych snów.
Obserwowała spokojnie, jak zielone płomienie obejmowały jego sylwetkę. Potem rozległo się głośne pyknięcie. I zniknął.
komentarze, 4,
dodaj komentarz4 komentarzy
Następne 1 Poprzednie
|
almostlover środa, 19.stycznia.2011, 15:20 87.206.226.132
|
|
|
Aaaaa, widziałam notkę już wczoraj, ale dopiero dzisiaj mi się minutka trafiła. Powiem Ci, że ta Twoja wena to strasznie kapryśna baba, ale jak już przyjdzie, to jest płodna jak nie wiem co - pozwoliłam sobie wkleić tekst do worda, a tu 30 tys. znaków - na mapę Huncwotów! :D A potem połknęłam jednym chapsem i tyle by z tego było.
Uwielbiam ich, w Twojej wersji to już w ogóle. Zdarzyło mi się nawet kiedyś o nich pisać, było to moje najdłuższe opowiadanie, ale w chwili obecnej to tylko dobry materiał na przywołanie wspomnień.
Podobali mi się strasznie. I to teatralne przywitanie - strasznie w ich stylu, wzajemne psikusy i drobne szachrajstwa. W końcu opowiadanie, w którym autorka nie zabiera im jaj :)
W pewnym momencie byłam przekonana, że na marzenie Nony o "łóżku i prysznicu", Remus odpowie, że to też nie będzie problem, ale takie rozwiązanie też mi się podoba - w końcu Lunio był taki szarmancki *_*
Nie przepadam za Hiszpanią samą w sobie, ale czekam z zapartym tchem na wyjazd Nony i zdecydowanie "lecę" na jej brata! :D
Pozdrawiam gorąco,
Basia :)
|
|
Perfect. środa, 19.stycznia.2011, 19:54 87.198.20.242
|
|
|
Nie mogę coś ze swojego konta dodać komentarza... No, ale nie ważne.
Niesamowicie ciekawie u Ciebie! Uwielbiam Twoich Huncwotów, są tacy prawdziwi. Lily umówiła się z Jamesem! Tak! Za bardzo się emocjonuję... wybacz, ale lubię tę parę cholernie. Remus cudowny! Zupełnie taki, jakiego go sobie wyobrażałam.
Lubię główną bohaterkę, a nieczęsto się to zdarza - jestem wybredna jak cholera.
Co się stanie w Hiszpanii? Czekam na następny rozdział i pozdrawiam!
|
|
almostlover środa, 19.stycznia.2011, 21:17 87.206.226.132
|
|
|
Teraz mi się dopiero przypomniało - dziękuję strasznie za zwrócenie uwagi! :) Machnęłam dobrze w podkategorii o bohaterach, a w notce z rozpędu nie zauważyłam, że 8 to nie 9 - gapa ze mnie. Jeszcze raz dziękuję :*
|
|
Pirotechnika. piątek, 6.maja.2011, 14:16 95.50.13.10
|
|
|
Opowiadanie fajne i super masz zdjęcie na blogu!
|
Szablon wykonałam
ja, tylko dla
siebie.
Credits:
Brandon Warren,
dollieflesh-stock,
brushes.
Cytat z
Opowieści dla przyjaciela Haliny Poświatowskiej
Uprasza się o niewykorzystywanie do niecnych celów,
pod groźbą zesłania do Azkabanu.